sobota, 20 lipca 2013

-Serwis komputerowy "Czerwona Wtyczka" słucham?
Co ja tutaj robię?
-Yhym, jakby mógł Pan mówić trochę głośniej.
Dlaczego tutaj jestem?
-Tak, dokładnie. W czym problem?
Przecież ja nic nie wiem o komputerach.
-Rozumiem. Czy próbował Pan wyłączyć i włączyć z powrotem?
Kiedy się zorientują, że nie mam o tym bladego pojęcia?
-Jak to nie pomoże, proszę zadzwonić ponownie
To już prawie trzy tygodnie
Odstawiam słuchawkę na miejsce modląc się, aby nikt nie był na tyle szalony, by dzwonić tutaj dwie minuty przed zamknięciem. Biorę głęboki wdech. Jeszcze tylko te dwie minuty i tylko następne pięć dni, i będzie wypłata. Przegryzam wargę ze zdenerwowaniem i patrzę przymrużonymi oczami w stronę telefonu.
Ani
Mi
Się
Waż
Jeszcze tylko minuta.
Pierwsza zasada nie zostawania dłużej w pracy: przez ostatnie 10 minut nie istniejesz. Żadnego wychylania, patrzenia utęsknionym wzrokiem po oknach czy uśmiechania się do telefonu. Patrzysz w monitor i mrużysz oczy. Wykonujesz jakieś szalenie ważne zadanie i prędko stukasz w klawiaturę, albo głośno klikasz myszką. Jeżeli ktoś cię nagle do ciebie przychodzi i chce wydać polecenie, wtedy robisz dokładnie to samo co ja, kiedy przyszedł Rob:
-Szszszs- trzymam palec wskazujący przy ustach i cudem jednego z najlepiej poznawalnych gestów, proszę o nie przeszkadzanie. Oczywiście jedna ręka na myszce/klawiaturze, a wzrok szybko powraca do monitora. Zachowaj kształt swoich ust, tak jakbyś wcale nie zdjął/zdjęła palca. Możesz także dodać kolejne "szsz", tak jakbyś rozbrajał bombę i nie miał czasu pomagać koledze w tak przyziemnych i trywialnych czynnościach o które prosi.
Rob odchodzi.
Nie, nie jestem chamem i prostakiem. W czasie pracy chętnie pomogę, ale kiedy ma wybić 19, nie ma mnie dla nikogo. Płacicie mi minimalną pensję i odrywacie spore kawałki, kiedy się spóźnię pięć minut - nie liczcie na moją pomoc. Pierwotne jest to postępowanie, ale niestety tylko na to mnie stać po całym dniu siedzenia przy tym przeklętym biurku.

Wybija upragniony fajrant.
Zasada numer dwa: nie wybiegasz. Rzeczy wrzucasz do torby szybko, ale bez pośpiechu. Wychodzisz wolno, ale przy okazji spoglądasz na zegarek i trochę przyspieszasz.
Podchodzi Martha
Robię cierpiącą minę i stukam palcem w zegarek, trochę się uginam tworząc nibybłagalną pozę (cały czas idąc w stronę drzwi).
Martha odpuszcza.
Wychodząc z budynku mijam Roba i Daniela. Niosą gigantyczną paczką i już widzę, że nie zmieści się ona przez drzwi. Trzeba będzie się trochę napracować, żeby otworzyć to pudło - ma taką czarną taśmę, którą ja również owijam paczki na wysyłkę. Macham ręką na pożegnanie.
Lubię iść przez to miasto wieczorem. Ponieważ pracuję praktycznie w samym centrum miasta, w drodze do mieszkania mija mnie absolutnie każdy przedział wiekowy, zawód, status społeczny. Czasem z nudów idę za nimi i odkrywam nowe fragmenty tego przedziwnego miasta.
Mieszkam tutaj zaledwie kilka miesięcy, ale już czuję, że jest to moje miasto. Trudno opisać tak dziwną więź kiedy spotykasz coś i jesteś absolutnie przekonany, że to tutaj powinieneś być od samego początku. Nie jest to uczucie, którego zaznajesz będąc w swoim pokoju z kubkiem herbaty i patrząc przez okno na panoramę miasta. Mówię tutaj o czymś, co czuję stojąc na światłach, idąc po nierównym chodniku, patrząc na wystawy w sklepach. Wszystko jest tutaj w idealnej harmonii. Każda dziura, wygięcie, każdy śmieć - wszystko jest tutaj z jakiegoś powodu i tworzy to niezwykłe miasto pełne zapachów, dźwięków i barw.
Sunę razem z rzeką ludzi przez ten kanion butików. Drogowskazy zastępują wielkie znaki z "75% ZNIŻKI". Jest już wiosna i niebo jeszcze nie jest do końca ciemne, ale Bandri już rozpoczynało swój nocny cykl. Dudniący bas zza ścian, migające neony. W piątki wszystko zaczynało się trochę  wcześniej i już zdążyłem naliczyć czwartą grupkę roześmianych nastolatków, którzy zdążyli wyjść z jednego pubu i kierują się do następnego.
Wypatruję, za kim dzisiaj pójść. Mam prawdziwy wachlarz wyboru. Ten staruszek w granatowym garniturze? Może jednak nie, nie mam ochoty dzisiaj na powolny spacer. A może ten chłopak w zielonej bluzie... nie, pewnie idzie do jakiegoś klubu.
Oh.
To może być interesujące. Dziewczyna, końcówka liceum, albo już studia, ciemne włosy, trochę poszarpane jeansy i czerwony podkoszulek. Wyglądała na trochę zdezorientowaną. Kurczowo trzymając się swojej torby, wyciągała głowę do góry, próbując wypatrzeć czegoś lub kogoś z tłumu. Co rusz ktoś się o nią obijał, bo stoi na środku ulicy. Chciałem podbiec i zaoferować pomoc, ale po chwili namysłu postanowiłem pozostać w roli obserwatora. Stanąłem przy ścianie i nie spuszczałem dziewczyny z oczu.
Ciekawe jak ma na imię? Wygląda na Natalie. Albo może Jane? Jakieś imię, które by brzmiało silnie, ale bez przesady. Kobieta wyraźna, ale z żeńskim obramowaniem. Nie żadna Helga. Anna? Nie, zbyt delikatne. Nicky. Nie, brzmi trochę za zawadiacko. Chyba zostanę przy Natalie. Tak, podoba mi się to imię.
W czasie moich rozmyślań, odebrała telefon i zaczęła nerwowo się rozglądać na boki. Czyżby randka w ciemno?
Mój nastrój kontemplacji zaburzyła osoba obok. Jak Natalie, też wyszukiwał kogoś w tłumie. Chyba znalazł, bo spojrzał na nią, odwrócił się za siebie i krzyknął coś niezrozumiale. Do mojego sąsiada przyszli dwaj inni mężczyźni.
Bandri potrafi być piękne. Zachwyci cię feerią kolorów, odurzy zapachem z restauracji. Idąc samotnie przez niektóre ulice możesz wpaść w trans, nasłuchując odgłosu swoich podeszw bijących w chodnik. Z samego rana, kiedy tylko nieliczni wyszli do pracy, możesz zobaczyć zupełnie inne oblicze tego miasta. Tak, jakbyś o 9 rano został przeniesiony do zupełnie innego miejsca. Poukrywane sklepy, skryte pod blaszanymi kotarami zaczynają dodawać głębi do pustych korytarzy, roznosiciele gazet wypełniają swoim głosem ulicę, a ekipa sprzątająca, jak cienie, przenikają w ściany tylko po to, by jutro z rano ponownie rozpocząć ten rytuał.
Bandri potrafi przerazić. Nieraz zatrzymasz się z przerażenia i do końca dnia nie będziesz w stanie wymusić na sobie uśmiechu. Idąc samotnie przez niektóre ulice możesz paść łatwą ofiarą zbrodniarza bez twarzy. Ale tego typu kradzieże są w każdym mieście. Powodem, dla którego Bandri jest trzecim najniebezpieczniejszym miastem w kraju jest fakt, że w naszym mieście znalazły schron jedne z najniebezpieczniejszych osób ściganych za więcej przestępstw, niż byłbyś w stanie policzyć. Kiedy przyjeżdżają bandziory z takim stażem, naturalnie przychodzą do nich zwolennicy. Takim sposobem powstały cztery gangi, o których wie każdy mieszkaniec.
Nie, policja nie jest w stanie nic zrobić... znaczy starała się, ale czym są pojedyncze jednostki wobec takiego molocha? Musieliśmy się więc nauczyć z tym żyć. Są pewne niepisane reguły, zakazy, dla nas, przyziemnych mrówek. Niektórymi ulicami się nie idzie, do niektórych restauracji się nie zagląda, a do pewnych ludzi po prostu nie masz prawa mówić. Każde wykroczenie jest karane, a od konsekwencji nie ma ucieczki.
Dwaj mężczyźni wymienili kilka słów z tajemniczym mężczyzną który ich zawołał, a potem odeszli w dwóch różnych kierunkach.
Widziałem to za wiele razy. Już ją zobaczyli, widzieli jej twarz. Choćbym biegł i się siłował, nie mam szans przeciwko tej trójce. Wytłumaczony racjonalnością, odszedłem jak tchórz.
Gdybym miał sprawne sumienie jak ty, pewnie już dawno bym wykitował w tym mieście. Nie można kontemplować, bo jak dotrze do ciebie, że od tego nie ma ucieczki, od tego nie da się ukryć, skończysz jak mój ojciec.
Mieszkam w 4-tej dzielnicy. Moją współlokatorką jest Monica, poznałem ją przez internet jak jeszcze byłem mały. Kiedy dowiedziałem się, że też mieszka w Bandri, od razu postanowiliśmy zamieszkać razem.
-Masz jedzenie? - jak mantra powtarzane każdego dnia.
-Siedzisz cały dzień w domu, sklep jest 10 minut od nas, jaki jest problem w pójściu do niego? - moja mantra rewanżowa.
Ten nasz mały obrządek powtarza się codziennie, ale cieszę się z niego, bo to jedno z niewielu rzeczy, których mogę być pewny.